niedziela, 30 września 2012

ludzie w kocach

Zatrzymuję się na moment obok lustra, by nieco polunatykować i prawie natychmiast znajduję w książce pewnego pisarza. Północ i las. Temperatura oscyluje wkoło zera, w dodatku wiatr. Swobodnie rozrzucone fotele i abażur wyrastają z mchu, gdy ktoś woła ducha, a wiolonczelista gra. Kamera? Poszła. Stop! Jeszcze raz.

Na planie blisko pięćdziesiąt osób w różnym wieku i wieczorowych strojach. Stoją lub siedzą, ogólnie trzęsą się z zimna. Kajetański, nie mrugaj! Nie można mrugać, gdy gra się lunatyka, krzyczy pan reżyser artysta. Ceniony, lecz tylko za granicą. Nawet przystojny, z uśmiechu podobny do fryzjera, którego znałam przed laty. Pamiętam jak kiedyś do zakładu przyszła obca kobieta, by zrobić trwałą, a zaraz za nią spocony mężczyzna w płaszczu. I ten fryzjer miał psa, co głośno szczekał. Nie dało się. Musiałam zmienić salon.


W przerwie ubieramy koce, które prędko podają nam panowie z produkcji. Fantastyczne koce: w kratę, kratkę, krateczkę, linie, kwadraty i koła. Schodzimy z planu, puszczając parę z ust, wprost do namiotu, gdzie czeka już gorąca herbata, kawa, mleko i cukier w kostkach, a także plastikowe kubki oraz łyżeczki. Później będzie pomidorowa.


O czym opowiada film? O ludziach lasu, którzy nie wiedzą, skąd się wzięli ani po co, ale możliwe, że to jedynie plotka. W każdym razie kończy się filozoficznie, że ktoś ginie, a ktoś dalej żyje swoim życiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz