piątek, 2 grudnia 2011

Red Hot Chilli Pepa

Zmierzch miękko przykrywa miasto misiem, który ląduje na drzewach i ulicach. Szczególnie w rozproszonym świetle latarni płatki tańczą leniwie, przyciągając się bądź odpychając, zanim dotkną podłoża, by stopić się z nim i nie móc wzbić ponownie. Pepa siedzi przy oknie z otwartą książką. Od czasu do czasu podnosi głowę, odgarnia włosy z twarzy i wzdycha. Myśli podążają za chłopcem, co obdarowałby ją magiczną mocą. Czy uda się jej go spotkać? I czy na pewno to będzie on? Jak go rozpozna?


Ale oto do pokoju wchodzi matka w szlafroku i podkrążonymi oczami. W rękach niesie telefon.

- Ja nie wytrzymam z tą kobietą, zupełnie jej się w głowie poprzewracało - mówi. Podchodzi do kredensu i ze słoika wyjmuje banknot. - Masz tu córuś, idź do sklepu i kup babci papier, bo się skończył.

- Ależ mamo! Jest późno, a babcia mieszka na drugim końcu miasta.

- Bądź grzeczna, moje dziecko. Masz tu jeszcze trochę i kup sobie coś dobrego, a mnie przynieś butelkę wina. Tylko pamiętaj, by nie rozmawiać z nieznajomym. Pospiesz się!



Pepa niechętnie wkłada buty i czerwone palto, ostatni krzyk mody. No, może nie taki ostatni, ale umówmy się, że koleżanki zazdroszczą. Na ulicach pustki. Gdzieniegdzie zaparkowany samochód i ani żywej duszy. Zrywa się mroźny wiatr i smaga po uszach. Pepę obiega dziwny dreszcz, jakby niewidzialna dłoń dotknęła jej karku. Odwraca się - nikogo nie ma. Przyspiesza kroku, a wtedy kot złośliwie przebiega jej drogę i znika po drugiej stronie. To pech, myśli. Zatrzymuje się na moment i waha, po czym zdecydowanym krokiem rusza przed siebie.



Wtem zza rogu zjawia się chłopak w kapturze.

- Cześć, gdzie idziesz? - zaczepia niskim głosem.

- Do sklepu. - Pepa natychmiast rumieni się. Kojarzy go chyba ze szkoły.

- A po co?

- Po zakupy dla babci, czemu pytasz?

- Tak tylko.

Chłopak szarmancko wkłada ręce do kieszeni i rozgląda się. Idą razem chodnikiem.

- Kim jesteś? - pyta Pepa.

- Ja? Nikim - odpowiada, a następnie chwyta dziewczynę za rękę i przyciska do ściany budynku, przy którym akurat się znajdują. Zbliża twarz do jej twarzy - ach, te jego zielone oczy! Jest w nich coś tak magnetycznego, jak tęsknota do piękna i wolności, że nie sposób im się oprzeć. Już mają się pocałować, gdy ona zrywa się znienacka, z całych sił odpycha go i ucieka. Biegnie, aż brak jej tchu. A jeśli to zboczeniec jest, albo gorzej - morderca? W telewizji mówią cały czas, a matka ostrzegała. Muszę wziąć się w garść, postanawia, po czym zwalnia kroku i upewnia się, że nikt jej nie śledzi. Zapala papierosa.



Przez moment żałuje swej decyzji. Co on o niej teraz pomyśli? W szkole na pewno będą się śmiać i nikt nigdy nie zechce jej już więcej pocałować. Zachowała się jak skończona smarkula. Ale z drugiej strony (zaciąga się głęboko i wydmuchuje dym w powietrze), co on sobie w ogóle wyobraża! I jak ma na imię?



Miasto, w którym mieszka Pepa jest bardzo stare i posiada wiele historycznych zabytków: zamek królewski, pałac, muzeum, teatr, niezliczoną ilość tuneli podziemnych oraz tajemnych przejść, a także szereg przedwojennych kamienic, z których najbardziej podobają jej się te z ozdobnym balkonikiem bądź gzymsem. Mija gmach z płaskorzeźbą przedstawiającą tysiące twarzy o różnym obliczu: srogie, niewinne, okrutne bądź cierpiące, a wszystkie tak realistyczne, że aż żywe. Wpatrują się w nią. Zdają wołać, nawoływać. Dziwne, nigdy wcześniej tego tutaj nie widziała. A może po prostu nie zwróciła uwagi.



Wchodzi do jednego z tych sklepów, które czynne są jeszcze o tej porze. Kieruje się wprost do regału ze środkami czystości, sięga po rolkę papieru i wrzuca do koszyka. Następnie podchodzi do kasy i prosi o butelkę wina, może być czerwone półsłodkie.


- A dowód jest? - Sprzedawca podnosi wzrok, o Boże! To ten sam chłopak, który wcześniej zaczepił ją na ulicy, te same zielone oczy! Jak to możliwe, że znalazł się tu przed nią?

- Yyy... - Chyba nie wie, co powiedzieć.

- Żartowałem. - Chłopak uśmiecha się, puszcza oczko i nie odwracając wzroku, zwinnie wyciąga za siebie ramię, by wnet na ladzie postawić butelkę Rosso. Przeciąga licznik po kodzie paskowym. - Zakupy dla babci? - ironizuje. - Grzeczna dziewczynka. - Wyciąga doń dłoń i zniża głos. - Masz tu coś, co otwiera podświadomość. Tylko ostrożnie, jest tak doskonałe, że można przestraszyć samą siebie.



Podaje jej niewielkich rozmiarów papierowe pudełeczko. Ich dłonie i oczy znów dotykają się. Dziewczynę paraliżuje kolejny, tym razem silniejszy dreszcz, który nagle przerywa dźwięk dzwonka przy drzwiach. Te otwierają się i wchodzi jakaś postać. Pepa prędko pakuje produkty do torby, rzuca subiektowi pieniądze i nie czekając na resztę, opuszcza sklep.



Tymczasem sprzedawca wyskakuje zza lady i rzuca się na postać, która dopiero co weszła i nie zdążyła zareagować. Skręca jej kark i zwierzęco wbija zębami w szyję. Ssie zachłannie, po czym puszcza na podłogę. Podchodzi do okna i wzrokiem odprowadza znikający w oddali cień. Oblizuje się. Na twarzy ledwo dostrzegalny grymas. Pod nogami krew. 

 

2 komentarze:

  1. Witam ciekawa wariacja na temat "Czerwonego Kapturka" Nasłuchuję Twojego bloga przez rss.

    OdpowiedzUsuń