niedziela, 11 grudnia 2011

Ptaki


Przepraszam za spóźnienie, ale straszne korki! Tłumaczę, a następnie witam ze wszystkimi, którzy najwyraźniej przyszli tu już przede mną. Emma z fotela przeciąga się i ziewa. Tamara gra w szachy albo udaje, że gra, bo układa te pionki i zastanawia się, gdzie by tu bardziej pasowały. Robert tymczasem swobodnie przegląda album Balthusa. Zdejmuję marynarkę i wieszam na wolnym krześle przy biurku, za którym pracuje szef, a właściwie szefowa.

Witaj Harry, gładko uczesana blond panna Dickinson uśmiecha się spod czerwonych okularów. Usiądź proszę, wykonuje odpowiedni gest. Co u ciebie?

Nic, odpowiadam. Palić mi się chce.

Harry, wiesz, że tu się nie pali.

Nawet jednego?

Nawet jednego, kręci głową panna Dickinson. Bierze do ręki pióro i zaczyna notować. Po chwili przestaje, przygląda mi się i znowu pisze. Nie rozumiem tego, ale w sumie nie chce mi się o nic pytać.

Gdy spotkanie dobiega końca, ubieramy się i każdy idzie w swoją stronę. To znaczy przez pół miasta najpierw idziemy razem, bo mieszkamy blisko - Emma, Robert i Tamara w szeregowcu na tyłach mojej kamienicy. Od frontu mają gęsty i ciemny o tej porze roku park, gdzie przez środek rzeka szumi z jedną przy moście latarnią. Pod nią żegnamy się.

Ale wtem nadlatują kaczki z gołębiami i otaczają nas. Próbuję je przegonić, lecz to nie pomaga, a wprost przeciwnie, ptaki jakby ożywiają się i wrzeszczą coraz głośniej. Zaraz mnie jakiś osra.
 
Auuu! Tamara zrywa się i płacze, ramionami osłania twarz. Ratunku! Leje się krew, na co prędko reaguje Robert. Podbiega do niej, szamocze z ptaszydłem, uwalnia dziewczynę i mocno chwyta pod ramię. Do szpitala, szybko!

Po co do szpitala, nie lepiej do mnie? Mieszkam najbliżej, tędy! Podejmuje decyzję Emma, która rzadko miewa prawdziwych gości. Od razu przychodzą jej do głowy sterty książek pokryte kurzem i nieuprzątnięty pokój. No trudno, może nic się nie stanie, tłumaczy sobie, a następnie każe mi wziąć Tamarę z drugiej strony pod rękę. Sprawdza, czy nikt nas nie śledzi i prowadzi prosto pod drzwi.

Skrzypi. Schody, zawiasy, wszystko skrzypi. Taki urok i nic na to nie poradzisz. Tu ją połóżcie, zapala światło i palcem pokazuje tapczan, a raczej sofę. Sprząta ze stołu, po czym znika w kuchni, by wrócić z miską wody i bandażami. Delikatnie przemywa twarz przyjaciółki i podaje lekarstwo. Ta łka z bólu przez chwilę, lecz w końcu uspokaja się.

To dziwne, myślę, odkąd pamiętam taki gołąb walczył z kaczką o terytorium, ale nigdy nie podniósł się na człowieka. Wręcz odwrotnie, ludzie i ptaki żyli w symbiozie. Miejscowi dokarmiali je, szczególnie zimą. Wysypywali okruszki chleba na brzeg, a czasem to nawet i jakiś łabędź przypłynął. O co im chodzi?

To przez ten chleb, stwierdza Emma. Genetycznie modyfikowane ziarno im nie służy. Napijecie się wina? Domowej roboty, leżakuje w piwnicy.

Chętnie po nie pójdę, podskakuje Robert. Na dźwięk alkoholu spina się, a jego oczy świecą.

Drzwi po lewej, tłumaczy Emma. Bierze miskę i wynosi w przeciwną stronę. Nie licząc śpiącej obok kobiety, w pokoju pozostaję sam. W oknie księżyc wschodzi coraz wyżej.


4 komentarze:

  1. Otwieram okno i czuję zapach dotąd mi nieznany. Firanka faluje w rytmie podmuchów wiatru otulając mnie z obu stron.
    Kobieta siada na łózku i patrzy w moja stronę jakby zobaczyła ducha
    Dzień dobry.Pozwoli pani ze sie przedstawię..Gołąb jestem;)

    OdpowiedzUsuń
  2. a potem urodziła Jezuska... ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. takiego zakończenia to się nie spodziewałam ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. zakończenie stare jak świat :DD

    OdpowiedzUsuń